środa, 1 października 2014

Rozdział trzydziesty szósty.

- Uwielbiam tak z tobą leżeć.
- Ja z tobą też, ale puść mnie już.
- Nie..
- Harry, proszę.
- Kochanie.. - Zaczął całować moją szyję.
- Jeśli mnie kochasz puść mnie.
- Kocham cię najbardziej na świecie, ale nie puszczę.
- Ugh.. - Opadłam na łóżko.
- Nie złość się, bo złość piękności szkodzi.
- Nie jestem piękna, więc mi nie zaszkodzi.
- Musisz tak mówić? Jak moja córka też będzie po sobie tak jechać, to chyba się zabije.
- Jaka córka?
- No nasza, a czyja inna?
- Ja nie jestem w ciąży.
- Wiem.
- Chciałbyś mieć ze mną dzieci? - Zapytałam zaskoczona.
- Bardzo. A ty nie?
- Sama nie wiem. Niby tak, ale..
- Nie chcesz mieć dzieci?
- Nie powiedziałam tego.
- Ale pomyślałaś.
- Właśnie, ze nie. Dlaczego jesteś zły?
- Bo ja chcę mieć dzieci. Sam sobie ich nie zrobię..
- Czyli jesteś ze mną tylko dla dzieci? - Prychnęłam. - Wiesz, co? Mam dość. - Powiedziałam i owinełam się kołdrą wychodząc z łóżka.
Poszłam do łazienki i weszłam pod prysznic. Łzy wymieszały się z wodą, a ciało zrobiło się ciepłe pod wpływem temperatury.
 Zaczęłam masować ramiona żelem limonkowym, ale nagle poczułam dużo dłonie na brzuchu. Wystraszyłam się, ale po chwili dotarło do mnie, że znam tego gościa.
Taak. Zignorowałam go i dalej się myłam. Zaczęłam wmasowywać szampon we włosy i zamknęłam oczy, żeby nie szczypało.
On też zaczął masować moje włosy. Owszem, było to przyjemne, ale jestem na niego zła. Jak on mógł tak do mnie powiedzieć? 
- Myszko, przecież wiesz, że nie o to mi chodziło. - Całował moją szyję.
- Jasne.
- Mysiu.. Chodziło o to, że ty też jesteś potrzebna, żeby kiedyś tutaj - dotknął mojego brzucha - powstał dzidziuś. Przepraszam, nie miałem tamtego na myśli.
Czy on musi być tak cholernie idealny? Zawsze, nie ważne co by powiedział, zrobił ja wymiękam pod wpływem jego dotyku i słów, które wychodzą z jego ust, tych perfekcyjnych malinowych warg, które aż się proszą o to, żeby je pocałować.
Przytulił mnie od tyłu, a ja poczułam jego męskość na moim pośladku. Faceci.
- To jak będzie? - Zapytał gładząc moje prawe biodro.
- Nie wiem, panie Styles. - Wiem, że go to podnieca.
- Pomóc Ci jakoś podjąć decyzję wybaczenia mi, czy też nie? 
I w tym momencie wszedł we mnie gwałtownie od tyłu, a z moich ust wydostał się krzyk, ponieważ nie byłam na to gotowa. Przyparł mnie do zimnych płytek na ścianie, a moje ciało pokryła tak zwana gęsia skórka.

1 stycznia 

- Nie denerwuj się, będzie dobrze i na pewno cię polubią.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Cóż.. kobieca intuicja? - Zaśmiałam się i złapałam go za rękę.
Zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi, a serce podskoczyło mi do gardła. Denerwuję się. Otworzyła moja mama.
- Cześć, mamo. - Powiedziałam i puściłam jej oczko.
To taki nasz znak porozumiewawczy. Ona wie o co chodzi.
- Cześć córuś.
- Dzień dobry. - Powiedział Harry i mocniej ścisnął moją rękę. Denerwuje się, wiem to.
- Dzień dobry, Harry. Wejdźcie. - Pokazała gestem ręki.
Przekroczyliśmy próg domu i zobaczyłam tatę przy stole. Uśmiechnęłam się do niego.
- Cześć.
- Dzień dobry. - Powiedział Hazz.
- Dzień dobry.
Usiedliśmy przy stole, a mama podała obiad, czyli łososia z kurkami i makaronem. Uwielbiam te danie, jest genialne.
- Naucz się to gotować. - Szepnął mi na ucho Harry, kiedy moi rodzice wynieśli talerze.
- Umiem już. - Cmoknęłam go w policzek, a on pogłaskał moje udo.
Ogólnie, to Harry wygląda tak słodko, kiedy się stresuje i jest nieśmiały, a także niewinny. Zupełne przeciwieństwo nas wczoraj pod prysznicem. Skarciłam się za tę myśl od razu. Jako mogę myśleć o takich rzeczach przy rodzinnym obiedzie? Nie wiem, naprawdę, ale to przez mojego idealnego chłopaka.
- To co dzieci? Oglądamy jakiś film?
Popatrzyliśmy na siebie z Harry'm i jednogłośnie stwierdziliśmy, że tak. Włączyliśmy Jasia Fasolę. Uśmiałam się do łez i co chwila zanurzałam głowę w koszuli Harry'ego. 
Moja mama siedziała z moim tatą i robiła to samo. Śmiech Harry'ego jest taki fajny. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie śmiał się tak głośno. Nie licząc tego, jak go łaskotałam po udach. Wtedy kwiczał, haha. Oglądaliśmy, śmialiśmy się i dobrze spędzaliśmy już ten właściwie wieczór. Jest po dziewiętnastej, a za oknem ciemno zupełnie tak, jakby było po północy.
Nagle do domu wpadł zdyszany Liam. Stanął przy komodzie i oparł się na kolanach ciężko oddychając zupełnie, jakby przed chwilą przebiegł jakiś maraton.
- Wiem, kto zabił Kate. - Wysapał.

KONIEC.

__________________________________________
Cześć!
To już koniec Better Nothing. Myślę, że nie zabijecie mnie w komentarzach za takie oto zakończenie.
Chciałam, żeby było ciekawie tak na koniec. Jesteście ciekawi? Jeśli tak, to zapraszam na część drugą, która już powstała. Dodany został wstęp. x
Część druga: Mirrors.

piątek, 26 września 2014

Rozdział trzydziesty piąty.

Stałam z założonymi na piersiach rękoma i patrzyłam to na ochroniarza to na tą kasjerkę. Kolejka za mną zwiększała się coraz bardziej, a Ci ludzie byli poddenerwowani.
Nie dziwię im się, bo ja jestem na przykład wkurwiona już. Ile można czekać aż jakaś pinda wymieni rolkę? Rozumiem, jest nowa i dopiero się uczy. Ale przecież mogła iść po jakąś inną kasjerkę, która pracuje tu dłużej i byłoby po problemie.
Ale nie. Siedzi i ogląda swoje paznokcie. Kurwa, no nie. No po prostu kurwa no nie. Boże, czy ty to widzisz?
- To ta kasa. - Usłyszałam za sobą i zobaczyłam starszą brunetkę, które weszła na miejsce tej rudej i najnormalniej w świecie, bez trudności wymieniła rolkę i zaczęła kasować moje produkty. Odwróciłam się i zobaczyłam znanego mi mulata. To on ją tu przyprowadził?
- Dziękuję. - Powiedziałam cicho w jego stronę, a on posłał mi szeroki uśmiech i udał się do kas samoobsługowych.
Kiedy zapłaciłam za zakupy, to wyszłam ze sklepu i zaczęłam iść w kierunku domu. Te siatki są ciężkie, za ciężkie. Idąc chodnikiem myślałam już o tym obiedzie. Myślę, że dobrze usmażę tego kurczaka  i resztę. W każdym bądź razie jestem już mniej zdenerwowana niż w tym sklepie.
Obok mnie zatrzymało się czarne, sportowe auto, a kiedy okno się uchyliło ujrzałam Zayna. 
- Wsiadaj.
- Przecież dojdę.
- W to nie wątpię. - Jego usta rozszerzyły się formując szeroki uśmiech, a ja poczułam, jak moje policzki płoną. - Wsiadaj, podwiozę cię.
- Naprawdę dam sobie radę.
- Diana.
- No okej, okej. Już wsiadam. - Weszłam do samochodu kładąc siatki na wycieraczkę pod moimi butami.
Zamknęłam drzwi i ruszyliśmy. 
- Zawsze jesteś taka uparta?
- Myślę, że nie.
- Mhm. Cziekawe, czy ją zwolnili.
- Kogo?
- Tą rudą, z kasy.
- Ah.. 
- Strasznie wredna kobieta.
- Z tym się akurat zgodzę. Nasłała na mnie ochroniarza! 
- Serio?- Zapytał rozbawiony.
- Nie śmiej się! - Powiedziałam. - Zayn, przestań. - Dodałam, kiedy ciągle się śmiał.
- No dobra, już dobra kotku.
- Nie mów tak do mnie.
- Dlaczego? - powiedział i zaciągnął się papierosem, którego nie wiem kiedy podpalił.
- Nie lubię, jak ktoś pali. - Powiedziałam i otworzyłam okno.
- Przepraszam. - Mruknął i wyrzucił niedopałek za okno. - Wszystko okej?
- Taa, tylko ja naprawdę tego nie lubię. To tak strasznie śmierdzi.
- Przyzwyczaiłabyś się.
- Szczerze wątpię.
Dojechaliśmy pod moje mieszkanie, a ja otworzyłam drzwi, zabrałam siatki i wyszłam z samochodu. 
- Dzięki za podwózkę. Wejdziesz? - kiwnęłam głową na budynek.
- Dzisiaj nie mogę. Może jutro wyskoczymy na kawę?
- Okej. Ale nie mam twojego numeru.
- Jasne. - Uśmiechnął się i wyjął jakiś notes i zapisał dziewięć cyferek. 
Podał mi kartkę przez okno i puścił oczko po czym odjechał. Nie wiem dlaczego to robię, ale podoba mi  się to. 
Weszłam po schodach , a potem otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg mojego królestwa. Gorąco tu. Na zimę zawsze dużo grzeją. Ale ja nic nie mogę na to poradzić, więc tylko otworzyłam okno i zabrałam się za gotowanie.
W piekarniku czekał już mam nadzieję dobry kurczak z warzywami. Stół właśnie nakrywam, ostatnia serwetka w urocze reniferki.
Dzwonek do drzwi. Podeszłam i otworzyłam je. Dzięki Bogu, to Harry.
- Cześć, kochanie.
- Cześć, Harry. - Wręczył mi butelkę czerwonego wina. - Dziękuję.
- Nie ma za co. - Powiedział i zdjął kurtkę wieszając ją potem na wieszaku, a trochę śniegu spadło na podłogę roztapiając się. 
Zamknęłam drzwi i poszłam z nim, usiedliśmy przy stole.
- Jak Ci minął dzień?
- W miarę dobrze, a Tobie?
- Um.. oprócz małego incydentu w sklepie i.. pogrzebu, to
- Znowu zapomniałem, cholera. Jak się czujesz?
- Podobno skleroza nie boli. Ale wybaczam. Jak się czuję? Dobrze, bo jesteś tutaj i Liam zaraz też będzie. I proszę Cię, bądź miły i staraj się to coś między wami naprawić, dobrze?
- Robię to tylko dlatego, że cię kocham.
- I bardzo dobrze. - Powiedziałam i usłyszałam dzwonek. - Idę otworzyć.
- Ej, a ty mnie nie kochasz? - Wróciłam się i pocałowałam go w usta.
- Kocham, bądź grzeczny. - Zachichotał, a ja poszłam otworzyć drzwi.
Poprawiłam włosy i nacisnęłam klamkę.
- Cześć najlepszy bracie na świecie!
- Cześć, księżniczko. - Powiedział i wręczył mi czerwoną różę.
- Dziękuję. - Pocałowałam go w policzek stając na palcach i zamknęłam drzwi.
- Rozbierz się i zapraszam do środka.
- Jasne.
- Gdzie masz teczkę?
- Jaką teczkę?
- Przecież mówiłeś, że masz dużo papierów do przejrzenia.
- Zostały w aucie.
- Przecież Ci pomogę. - Klepnęłam go w ramię.
- Dam sobie radę, nie mam pięciu lat.
- Nie pyskuj.
- Jestem starszy. - Prychnął śmiejąc się.
- No i co? Nie pyskuj i do stołu. - Zaczęłam się śmiać i poszłam za Liamem.
- Nie chcę być niegrzeczny, ale co on tutaj robi?
- Jesteś niegrzeczny. - Wtrącił mój chłopak.
- Harry. - Warknęłam na niego. - Bo ja wiem, ze macie różnie problemy z firmami i, że się pokłóciliście, więc pomyślałam, że zrobię obiad i..
- Nie tłumacz się. Po prostu zjedzmy już tego kurczaka. - Powiedział Liam i usiadł naprzeciwko wolnego miejsca obok Harry'ego.

Westchnęłam i wyciągnęłam z piekarnika brytfannę z mięsem.
Każdy odkroił sobie tyle ile chciał i nałożył tyle ile chciał. Jedliśmy w ciszy, co bardzo mnie krępowało. Popijaliśmy czerwonym winem, ale Liam nie, ponieważ prowadził. Było dobre, rocznik był dobry.
Po skończonym posiłku czekałam aż coś powiedzą, ale nie. Znowu ja muszę wszystko robić. Spojrzałam za okno, ciemno już i to bardzo.
- Ja może zostawię was samych. - Powiedziałam i wstałam od stołu, wyszłam do łazienki.
Zamknęłam drzwi i obmyłam twarz zimną wodą. Mam nadzieję, że się pogodzą czy coś. 
Coś mówią do siebie. Nie chcę podsłuchiwać, ale tam padło moje imię. Odkręciłam wodę i zaczęłam się przysłuchiwać. 
Cholera. Mówią coś o tym, że ktoś ma mi powiedzieć prawdę i wychodzi na to, że tym ktosiem jest Harry. Ale pewności nie mam, więc nie będę się zamartwiać na zapas.
Kiedy ucichli, to wyszłam z łazienki poprawiając bluzkę, bo pomoczyłam ją wodą. Taka ze mnie dziewczyna - niezdara.
- Ja już muszę iść, jedzenie było naprawdę pyszne Diano.
- Nie zostaniesz?
- Niestety. Muszę wracać do firmy, potrzebują mnie. Jeszcze raz dziękuję. - Powiedział i przytulił mnie, a potem pocałował w policzek zahaczając o kącik moich ust.
- Szkoda. Ale jeszcze się spotkamy, bo pomogę ci z tymi papierami. - Puściłam mu oczko i zaśmiałam się, kiedy zrezygnowany z uśmiechem pokręcił głową. 
Założył swój czarny płaszcz i wyszedł żegnając się całusem raz jeszcze. Zamknęłam drzwi i wróciłam do Harry'ego, który w niezbyt dobrym humorze siedział na krześle.
- Pogodziliście się? - Podparłam rękami biodra.
- Można powiedzieć, że tak. - Wstał.
- Można powiedzieć?
- Mhm. - Podszedł do mnie i pocałował moją szyję.
- Dlaczego jesteś zły?
- Bo Cię całował. Tylko ja mogę to robić.
Zayn...
- W policzek.
- Ale całował.
- Jest moim bratem na litość boską!
- Co nie zmienia faktu, że cię całował. Byliście kiedyś razem, pamiętasz?
- Wtedy nie wiedziałam, ze jest moim bratem i nie zaczynaj tego tematu.
- Dobrze, nie będę. - Wpił się w moje usta i prowadził gdzieś. Szłam tyłem. - Mam troszkę inne plany na ten wieczór. - Mruknął z uśmiechem i pchnął mnie na łóżko. 

 ______________________________________
I jak, podoba się? x

wtorek, 23 września 2014

Rozdział trzydziesty czwarty.

Chodziłam i rozmyślałam o wszystkim, o życiu, ludziach, Kate, rodzinie.. Dręczyło mnie pytanie czy mogłabym się zabić? Myśleliście kiedyś o tym? Ja osobiście może raz, czy dwa. 
Ale w ostatnim czasie takie myśli się nasiliły. Co mnie tutaj trzyma? Rodzina, Harry. Nie mogłabym im tego zrobić.
Nie mogłabym. Zeszłam  z mostu i poszłam do domu. Od razu zrobiłam sobie ciepłej herbaty i zanurzyłam się w miękkiej pościeli.
Sprawdziłam telefon i miałam dużo nieodebranych od Liama i Harry'ego. Ciekawe co u niego? Wybrałam jego numer i nacisnęłam zieloną słuchawkę.

- Cześć słoneczko.
- Cześć skarbie.
- Co tam u Ciebie? Jak się czujesz?
- Niezbyt dobrze, wróciłam z.. pogrzebu.
- Oh, przepraszam.. zapomniałem. Przyjechać?
- Nie.
- Na pewno?
- Tak.
- Coś się stało?
- Nie.
- Diana..
- Ugh.. bo mam wszystkiego dosyć, brakuje mi jej. Już nigdy się do niej nie odezwę, nie porozmawiamy. To okropne!
- Kochanie, rozumiem Cię, ale proszę.. nie rób nic głupiego. Może jednak przyjadę?
- Przeszkadzałoby Ci gdyby na obiad wpadł Liam?
- ...
- Harry?
- Posłuchaj.. okazało się, że ma firmę, która jest dla mojej konkurencją i się trochę pokłóciliśmy.
- Jesteście jak dzieci.. Ni możesz z nim pogadać, załagodzić tego jakoś?
- On się do mnie nie odzywa.
- Nie macie pięciu lat. Dzisiaj obiad u mnie o 16, masz być. Porozmawiam z Liamem, okej? Ale ty też będziesz musiał wyciągnąć rękę.
- Ugh.. okej, no już dobra. O 16, kocham Cię.
- Ja Ciebie też, uważaj na siebie. I nie zapomnij o obiedzie!
Rozłączył się, a ja zadowolona z siebie odłożyłam telefon i zaczęłam myśleć co by tu ugotować.. Zrobię całego kurczaka, co oznacza, że muszę iść na zakupy. Ale najpierw zadzwonię do Liama. Wybrałam numer i dzwonię. Odebrał za drugim sygnałem.
- Halo?
- Cześć brat.
- Czeeść Diana.
- Słuchaj, bo robię dzisiaj obiad i może wpadłbyś? Na szesnastą?
- Nie mogę.
- Nawet dla mnie? - Powiedziałam słodkim głosem.
- Ugh.. jeśli się wyrobię, to przyjadę. Mam dużo papierów do przejrzenia.
- To weź je ze sobą i Ci pomogę.
- Diana..
- No co? Co dwie głowy, to nie jedna tak? Tak. Widzimy się o szesnastej. Kocham Cię.
- Też Cię kocham mała.
Rozłączyłam się i zaczęłam iść w kierunku szafy, aby wybrać jakieś ciuchy.
Założyłam czarne legginsy, fioletowy sweter, kozaki, kurtkę przy wieszaku i szalik. Włosy zostawiłam rozpuszczone i zarzuciłam je na plecy. Wzięłam torebkę i wyszłam z domu.

Szłam wolno w stronę TESCO, a wiatr owiewał moją zmarzniętą już twarz. Wzięłam koszyk i wjechałam z nim do sklepu. Zaczęłam od kupna kurczaka, ponieważ pewnie wszystkie by mi wykupili, jak ostatnio.
Potem ziemniaki, warzywa, sosy, coś do picia. Pomyślałam, że może zrobiłabym pierniki? Co mi szkodzi?
Wjechałam na dział z rzeczami słodkimi i myślałam, że źle widzę. Dlaczego ja go zawsze spotykam? No dobra.. od ostatniego razu trochę minęło, co nie zmienia faktu, że spotkanie go to pech.
Chciałam go wyminąć, ale stchórzyłam w połowie drogi i odwróciłam wózek. Zaczęłam iść i pchać metalowy przedmiot, ale niestety on mnie zauważył.
- Cześć mała.
Nienawidzę jak ktoś tak do mnie mówi. No chyba, że Liam.
Nie zwracałam uwagi na niego, ale moja dobra strona mnie gryzła i mówiła do mnie "Powiedz cześć", "Powiedz cześć"  i w końcu powiedziałam to cholerne cześć.
Ale potem od razu  go ignorowałam i zaczęłam wybierać kolorowe posypki do pierników.
- Co tam u ciebie?
Wzięłam też kokosową do takich ciasteczek.
- Odpowiesz mi?
Dodatkowo jadalne róże. Mało świąteczne, ale one są takie ładne..
- Diana. - Szarpnął mnie za ramię, a ja odruchowo chciałam go uderzyć, ale tego nie zrobiłam.
- Taylor daj mi spokój, dobrze?
- Nie dobrze. Dlaczego nie dajesz mi szansy? Myślisz, że kim ty jesteś, co?!
- Nie drzyj się na cały sklep. I właśnie dlatego nie dam ci szansy na nic. Dlatego, że jesteś zapatrzony tylko w siebie, straszyłeś mnie i groziłeś mi. O czym myślałeś? Bałam się Ciebie i teraz chwilami też. Nie wiem o co Ci chodzi i nie wiem czego chcesz ode mnie, ale daj mi spokój. Owszem, jesteś przystojnym facetem, ale nie w moim typie. I tak by z "nas" nic nie wyszło, wiec po prostu odpuść. - Powiedziałam prawie że na jednym wdechu i odeszłam z tego działu. Mam to już za sobą. Powiedziałam mu wszystko, co chciałam mu powiedzieć i ulżyło mi, że wreszcie wyrzuciłam to z siebie.

Włożyłam do siateczki kilka pomarańczy, a do drugiej mandarynek. Migdały, rodzynki, bakalie, mleko, olejek kokosowy. Wrzucałam do koszyka potrzebne rzeczy, a potem podjechałam do kasy i wyłożyłam wszystko na taśmę.
Kiedy to zrobiłam kobieta, która siedziała przy tym stanowisku wstała i powiedziała, że się rolka z papierem skończyła i musi wymienić i muszę iść do kasy samoobsługowej. Myślałam, że mnie kurwa autentycznie szlak trafi. Przez okres dużo przeklinam. No ale cholera.. Co ja mam teraz zrobić?
Jak to co? Wsadzić wszystko z powrotem do koszyka i iść do kasy samoobsługowej. Ni chuja! Nie ma, nie dzisiaj kobieto. Nie denerwuje się kobiety, która ma okres.
- Nie może wymienić pani tej rolki?
- Nie, musiałabym iść po inną kasjerkę.
No jasne, że nie kurde.
- To niech pani po nią idzie. - Wkurzyła mnie.
- A co mi tutaj pani będzie rozkazywać?!
- Nie potrafi pani wymienić rolki papieru i nie chce pani iść po inną kasjerkę, a ja czekam z zakupami, ponieważ muszę ugotować obiad. Do tego rozmawiam właśnie z bardzo niemiłą kobietą, która na mnie krzyczy i nie wypełnia swoich obowiązków.
Zrobiła wielkie oczy i wybrała jakiś numer w telefonie. Po chwili przyszedł jakiś osiłek. Serio kobieto? Serio? Ja pier...
- W czym problem?
- Ta pani nie chce mnie obsłużyć. - Powiedziałam zanim ta ruda jędza zdążyła otworzyć napuchnięte usta.
- Widocznie ma powód.
- Jaki? Nie umie wymienić rolki i tyle. A ja czekam i się chyba nie doczekam aż to zrobi.
- Sa kasy samoobsługowe.
- I co? I że ja mam to wszystko tak o z powrotem do wózka i iść samemu skasować te wszystkie produkty? Pan chyba kpi. Prawda jest taka, że ta pani już z cztery razy wymieniłaby tę rolkę.
Nie odpowiedział, bo go zgasiłam. Ludzie za mną byli chyba po mojej stronie, bo słyszałam różne szepty, że mam rację i tak dalej.
- Jestem tylko ochroniarzem.
- Zna pan kogoś, kto potrafi wymienić rolkę w tej kasie?
Ten rudy małpiszon nawet tyłka ni ruszył tylko się na nas gapi. Jeszcze brakuje tylko, żeby wyciągnęła lakier i zaczęła sobie malować te pazury kurwa mać.

sobota, 20 września 2014

Rozdział trzydziesty trzeci.

Ja mam jakiegoś pecha. Definitywnie, bo zawsze o takich godzinach ktoś dzwoni dzwonkiem do moich drzwi. Zaczyna mnie to denerwować. Wstałam wkurzona z kanapy i podeszłam do drzwi otwierając je po chwili.
Stał przede mną wysoki mulat w szaro-czerwonej bluzie, czarnych i dopasowanych rurkach, białych air force'ach. Bez czapki na głowie, ani szalika, rękawic..

Jest ubrany zupełnie nieodpowiednio do tej pory roku. Spojrzałam na jego twarz i wydawała mi się znajoma.

- W jakiej sprawie pan
- W sprawie psa. Widziałem Cię z nim, ale nie mogłem dogonić i myliłem budynki. Ale znalazłem, więc czy mogłabyś..
Zrobiło mi się smutno, bo zdążyłam polubić tego psiaka. Ale on nie jest mój, a właściciel jak widać się znalazł, więc to mówi samo za siebie.
Podeszłam  do grzejnika i schylając się podniosła śpiącego psa. Wyglądał tak słodko.
- Um.. proszę. - podałam mu malucha, a on schował go pod kurtkę.
- Dziękuję Diano.
- Skąd Pan zna moje imię?
- Jaki pan. Malik, Zayn Malik. Nie poznajesz?
- Ah tak! Już pamiętam, pomógł mi pan znaleźć rodziców. Jestem panu za to ogromnie wdzięczna.
- Nie postarzaj mnie, Diano. - zaśmiał się ochrypłym głosem. - Nie mów do mnie pan, po prosty Zayn, dobrze?
- Dobrze. Chce pa.. chcesz może wejść do środka?
- Wiesz, co? Chętnie.

***

- Ma na imię Braffy.
- Ładne imię. - Pokiwałam z uznaniem głową.
- Dzięki. Co robiłaś o takiej porze w parku?
- Spacerowałam.
- O jakiejś drugiej, czy trzeciej w nocy?
- Szczegóły. - Słabo się uśmiechnęłam.
- Kłamiesz.
- C..co?
- Wizę to po Tobie. - Wzruszył ramionami. - Nie chcesz nie mów, ale takie wygadanie podobno pomaga. Moje siostry tak mówią.
- Masz siostry?
- Tak, mam. To jak będzie? - Nie dawał za wygraną.
- Sama nie wiem.. Chodzi o to, że dowiedziałam się o śmierci mojej przyjaciółki. Jedynej, niepowtarzalnej, najlepszej na świecie. Znałyśmy się 3 lata. W sumie, to nawet ponad trzy. Nie dociera do mnie to, że ona nie żyje. Nie wiem nawet dlaczego.Nie wiem, czy chorowała, nigdy nie mówiła nic na ten temat. Była specyficzną osobą, ponieważ zwykle każdy oceniał ją po wyglądzie. Rockowe ubrania, rockowy styl. Długie proste blond włosy, mocny makijaż,  paliła i miała czasami niewyparzony język. Ale była dla mnie jak siostra. Przepraszam.. zawsze płaczę i po prostu.. ja.. - Nie dokończyłam, bo już byłam w jego ramionach.

Przytulił mnie i pocierał me plecy, żeby jakoś mnie uspokoić. Niby prosty gest z jego strony, a tak bardzo mi pomógł w tej chwili. Położyłam głowę na jego ramieniu i uspokajałam oddech.
Kiedy myślałam, że jest okej i chciałam się odsunąć, to wybuchałam płaczem. Nienawidzę tego, nienawidzę siebie, nienawidzę wszystkich, bo nie ma już mojej Kate.

- Spokojnie, oddychaj powoli. Ćśiiii, wdech, wydech. Spokojnie. - Głaskał moją głowę i szeptał do ucha.
- Dziękuję.
- To ja dziękuję.
Usiadłam obok i patrzyłam na swoje kolano, które teraz wydawało się być najbardziej interesującą rzeczą na świecie. Nie odzywaliśmy się do siebie, panowała niezręczna cisza, której nienawidzę.
Wysunął rękę i obrócił moją głowę w jego stronę po czym złożył delikatny pocałunek na moich ustach. Spojrzałam na niego zszokowana, totalnie mnie zatkało i nie wiedziałam co powiedzieć.
- Wiem, że nie powinienem, ale po prostu od dawna chciałem to zrobić. Myślę, że już pójdę. - Wstał i podszedł do drzwi, a ja jednym susem, no dobra.. dwoma dogoniłam go. 
Otworzył drzwi, a ja oparłam się o framugę drzwi. Spojrzałam na niego. Stał z rękami w kieszeniach i przyglądał mi się. Nie lubię, kiedy jest niezręcznie, a tak właśnie jest w chwili obecnej.
Poprawił psa i bardziej okrył go kurtką. Kiedy chciałam powiedzieć 'cześć' on zbliżył się znaczni i pocałował mnie. Znowu.
- Zayn..
- Tak, wiem. Tylko przy tobie tak jakoś ciężko się powstrzymać. - Zaśmiał się drapiąc po tyle głowy. - Dobranoc.
-Dobranoc, Zayn.
Zamknęłam drzwi i odetchnęłam z ulgą. 

***

Obudził mnie dzwonek do drzwi. No do cholery jasnej! Mam już tego, kurde, serdecznie dosyć! Ubrałam długą bluzę i wkurzona podeszłam do drzwi. Szybko jeszcze poprawiłam włosy spinając je w wysoką kitkę. 
Otworzyłam te drzwi i zobaczyłam rodziców Kate. 
W tym momencie wszystko we mnie pękło, ponieważ ona była taka podobna do swojej mamy. Tylko, że jej mama była niższa, ale z twarzy były ogromnie do siebie podobne, przez co patrząc na panią Homles miałam wrażenie, ze patrzę na Kate.
- Dzień dobry. - powiedziałam słabo, czując jak łzy zbierają się w kącikach moich oczu, ale powstrzymałam się przed płaczem.
- Dzień dobry, Diano. Chcieliśmy tylko poinformować Cię, że pogrzeb Kate odbędzie się jutro w Kościele św. Jerzego. - powiedział pan Homles.
- Chcielibyśmy abyś tam była. - Dodała pani Homles i starła łzy z policzka.
- Oczywiście, że będę. - powiedziałam próbując panować nad głosem, ale byłam roztrzęsiona i nie wyszło mi to.
- O 9 zaczyna się msza.
- Dobrze.. Czy ja.. wiem, że nie powinnam pytać, ale.. jak ona zginęła?
- Została zastrzelona. - odpowiedział szybko tata Kate i mocniej objął swoją żonę, która się rozpłakała.
- Boże.. Przepraszam.
- Nic się nie stało, powinnaś wiedzieć. Do widzenia. - Starsza już kobieta objęła moją twarz rękoma. - i I uważaj na siebie dziecko. - Dodała i razem z mężem odeszli.

Zamknęłam drzwi i wpadłam w ryk. Ja już nie płakałam, ja wyłam. Gdyby ktoś miał opisywać dźwięki, które wychodziły z mojego gardła i ust, to na pewno nie powiedziałby, ze to płacz.

Prędzej powiedziałby, że zarzynają jakieś zwierze.
Nie mogłam się uspokoić i złapać oddechu. Miałam wielką gulę w gardle i czułam ucisk w klatce piersiowej. 
Nie daję rady, mam dosyć. 

***

Liam podwiózł mnie do Sheffield. Chciał ze mną zostać, ale powiedziałam, że chcę być sama. 
Zrozumiał. 
Po wyjściu z samochodu udałam się do kościoła. Wiatr rozwiał mi włosy, które szybko poprawiłam i weszłam do środka. Było cicho, strasznie cicho. Słychać było tylko stukanie moich szpilek. Wszyscy się na mnie patrzyli. Zagryzłam wewnętrzną stronę policzka i szłam dalej przed siebie. Zauważyłam rodziców mojej przyjaciółki. Pani Gwen machnęła ręką, że mam obok nich usiąść.
Zrobiłam to. Msza się zaczęła, wszyscy wstali.
Ksiądz mówił, to co miał mówić, powtarzaliśmy jego niektóre słowa.
Łzy spływały po moich zimnych policzkach, a głos załamywał się jeszcze bardziej z każdym wypowiadanym przeze mnie słowem. Kiedy wynieśli trumnę z Kate nie mogłam wydusić z siebie słowa. 
Na cmentarzu cały czas miętosiłam listek od kwiatu róży. Pokułam się kolcami i na mojej lewej dłoni było pełno małych czerwonych kropek.
Jako ostatnia położyłam kwiaty na grobie. Było ich dużo, nawet bardzo. Wróciłam na miejsce i lewą dłonią chwyciłam prawy nadgarstek. W takiej pozycji przeczekałam do końca.
Na stypę nie poszłam, nie dałam rady. Pożegnałam się z państwem Homles i opuściłam cmentarz. Szłam z zamiarem dojścia na stację kolejową, ale zmieniłam plany.
Mieliście kiedyś myśli samobójcze?

___________________________________
Hey, hi, hello.
Dziękuję za wszystkie życzenia urodzinowe. To było bardzo miłe, dziękuję.
Rozdział mam nadzieję się podoba. Piszcie swoje opinie w komentarzach. x

środa, 17 września 2014

Rozdział trzydziesty drugi.

- Skąd to niby wiesz? - zapytałam.
Nie chciałam brzmieć niegrzecznie i chamsko, ale chyba mi nie wyszło. 
- Spotkałem jej rodziców w Sheffield jak przejeżdżałem tam.
- To niemożliwe.. - szepnęłam, a po moim policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Przykro mi. - chciał mnie przytulić, ale się odsunęłam. - Diana..
- Ja już pójdę.
- Jest po dwudziestej trzeciej.
- Wiem, dzięki za informację. - wstałam i podeszłam do wieszaka.
Ubrałam kurtkę, kozaki, czapkę nasunęłam na głowę, a szal owinęłam byle jak na szyi. Rzuciłam w jego stronę krótkie "dobranoc" i wyszłam z jego mieszkania.
Szłam uliczkom blisko sklepu, a potem weszłam do ogromnego zaśnieżonego parku, który był oświetlany tylko przez wysokie latarnie z śniegiem na czubkach.
Zapięłam wyżej kurtkę i pociągnęłam nosem z zimna.
Nienawidzę siebie za to, że nie było mnie przy niej. Chociaż wiem, że nie powinnam siebie obwiniać i tak to robiłam. Nie wiem nawet dlaczego umarła. Samobójstwo?
Nie, Kate była silna, chociaż wiem, ze czasami emocje potrafiły być silniejsze od jej kamiennej twarzy, którą wykrzywiała w uśmiechu tylko, kiedy była ze mną.
Choroba? Nie wiem. Może tak, ale dlaczego mi o niej nie powiedziała? Pomogłabym jej z tego wyjść. Była dla mnie jak siostra. Była, jest i zawsze będzie dla mnie ważną osobą w życiu.
Pamiętam, jak planowałyśmy wspólną przyszłość. Dwa średnie białe domy strojące obok siebie odgrodzone furtką i płotem. Z dużymi ogrodami, piękną i świeżą zieloną trawą i może oczkiem wodnym.
Każda ma męża, dziecko i jest szczęśliwa. Codziennie razem rozmawiamy pijąc herbatę przy drewnianym brązowym stoliku i mówimy o tym, jak bardzo jesteśmy dumne z naszych pociech.
Potem wspólne wyjścia z naszymi facetami, wspólne wyprawianie urodzin maluchów, wspólne imprezy, przyjęcia..

Planowałyśmy to śmiejąc się i nie brałyśmy wszystkiego na serio, chociaż każda z nas, a tak przynajmniej myślę, chciała, żeby to się kiedyś spełniło. To by było życie idealne. Zawsze razem, na wieki. 
Teraz to już niemożliwe. Nasze marzenia nigdy się już nie spełnią. 
Już nigdy więcej jej nie zobaczę, nie usłyszę, nie przytulę. Zostały mi jedynie filmy na YouTube i innych stronach internetowych. Była piosenkarką i gitarzystką. Świetną zresztą.
Zostały mi tylko nagrania z koncertów i jej teledyski. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze posłucham piosenek jej zespołu. Rozpłaczę się pewnie jak małe dziecko zresztą już płaczę i skomlę, jak pies. 
Jest mi zimno, a pocieranie ramion już nie wystarcza. Nos zapewne cały czerwony, tak samo jak uszy. 
Usta sine, a dłonie przestałam czuć już dawno. Ostatnie oddechy rozcinają moje gardło. Ból jest mocny, a wiatr nie daje za wygraną.
Nie wiem gdzie jestem, zabłądziłam. Wszędzie ciemno,m a ja nie daję już rady iść o własnych siłach. 
W końcu padam ze zmęczenia na oba zdrętwiałe kolana i zaczynam wyć. Łzy wylewają się spod mych powiek i spływają po lodowatych policzkach.
Zęby górne uderzają o dolne, przez co cała szczęka wydaje stukający dźwięk.

Chucham coraz to zimniejszym powietrzem z ust na swoje nagie dłonie, ale to nie pomaga. Kiedy słyszę pisk, to natychmiastowo zaczynam się oglądać dookoła własnej osi.
Kręcę się i rozglądam za napastnikiem.
Pewnie weźmiecie mnie za idiotkę, bo przecież to było piszczenie, ale mamy dwudziesty pierwszy wiek i tacy potencjalni gwałciciele na przykład mogą mieć różne metody zwabiania swoich ofiar.
Mówię jak potłuczona i taka tez się czuję. Wszystko mnie boli co najmniej tak, jakbym sturlała się ze schodów. Pisk powtórzył się, a ja wystraszona spadłam pupą na puchowy śnieg.
Zauważyłam, ze coś biegnie z oddali. Najgorsze jest to, że to coś zbliża się szybko w moją stronę.
Kiedy weszło na pole światła wytwarzanego przez latarnię zobaczyłam małego pieska, który skacze przez śnieg. Swoją drogą dużo go napadało w tym roku. Piesek był śliczny i bardzo, bardzo słodki.
Przekrzywiłam głowę i złapaliśmy się wzrokiem.
On również przekrzywił swój mały łebek i otrząsnął się ze śniegu.
Podbiegł do mnie skacząc przez zaspy co chwila w jakąś wpadając i tym samym zanurzając się w niej całym ciałem. Ale dobiegł, kawałek pod śniegiem, kawałek przeskoczył i w końcu dobiegł.
Wskoczył mi na kolana  i przyglądał mi się swoimi dużymi brązowymi oczami. Sprawdziłam, czy nie ma obróżki i moja teoria się potwierdziła. Nie miał jej. Drżącą i zamarzniętą dłonią podrapałam go za uchem, a on polizał skórę mojej dłoni swoim ciepłym językiem.
Zaśmiałam się sama do siebie i wstałam na równe nogi. Wzięłam mojego małego towarzysza na ręce  i zaczęłam iść do domu. Szłam długo, ale przynajmniej nie byłam sama, a to już coś, prawda?
Weszłam po schodach na swoje piętro, a piesek machał główką na różne strony, rozglądał się i czasami wydawał głos, ale musiałam go uciszać, ponieważ jest już po trzeciej nad ranem. Tak przynajmniej wskazywał zegar przy wejściu do budynku.
Po przekroczeniu mieszkania od razu uderzyło we mnie ciepło.
Moje ciało zaczęło przyjemnie mrowić, a zapach pomarańczy i goździków uderzył o wejście moich nozdrzy. Położyłam nowego kolegę na panelach, a sama zamknęłam drzwi na klucz.
Zdjęłam kurtkę i rozebrałam się do naga. Poszłam do łazienki i wzięłam ciepły prysznic. Moje ciało naprawdę było lodowate.

Po wyjściu ubrałam piżamę i zrobiłam sobie ciepłą herbatę z cytryną. Psu nalałam trochę cieplejszego mleka. Wypił całą miskę od razu i ułożył się pod kaloryferem w celu ogrzania. Usiadłam na kanapie i przyglądałam mu się. Chciałam się położyć spać, ale czy to ma sens? Zaraz piąta dochodzi, a potem to już nie warto iść spać.. Dobrym pomysłem okazało się oglądanie telewizji. Do czasu, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.

____________________________________
Hiiiiiiii.
Nie wiem co pisać, więc napisze Wam tylko, że jutro (18.09.2014) mam urodziny.
Jeśli któraś z Was także ma jutro urodziny, to życzę Wszystkiego Najlepszego i spełnienia marzeń, nawet tych najskrytszych. x
Love.

poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział trzydziesty pierwszy.

Przekręcałam się z boku na bok, bo nie mogłam zasnąć. Przez całą noc śniły mi się koszmary, między innymi, jak mnie krzyżowali. To był chyba mój najgorszy sen. Czytałam nawet kiedyś o snach na jakiejś stronie, chyba senniku. Wpisałam hasło ,,ukrzyżowanie" i wyskoczyło mi znaczenie snu, w którym byłam krzyżowana.
Ukrzyżowanie - niepomyślność we wszystkich dziedzinach. Jest to symbol wewnętrznego niepokoju oraz ukrytego cierpienia.
Przypomniała mi się od razu ta definicja i zaczęłam się zastanawiać nad tym snem. Ale ja nie myślę dobrze z rana, więc szybko przestałam rozwijać ten temat. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Harry'ego, który wpatrywał się we mnie i podpierał ręką swoją głowę.
- Długo się tak na mnie patrzysz?
- Jakieś dwadzieścia minut, a co? 
- O matko.. mogłeś mnie obudzić, lub coś.. zrobiłabym śniadanie.
- Śniadanie już na Ciebie czeka.
- Nie możliwe.
- A jednak.
Ubraliśmy się i zjedliśmy śniadanie. Potem zmyłam naczynia, a Harry dzwonił do kogoś. Schowałam ostatni talerz do suszarki i weszłam do salonu.
Stał przy oknie i chyba nie wiedział, ze jestem niedaleko. Mówił cicho, ale stanowczo. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie wyglądał na radosnego.
- Daj mi spokój. - warknął do telefonu, a ja się zdziwiłam.
- To nie ma sensu. Cześć. - rozłączył się i obrócił w moją stronę.
Wyglądał na zaskoczonego moją osobą, ale nie chciał chyba pokazywać tego w jakiś szczególny sposób, bo od razu pokazał swoje dołeczki i pośpiesznie do mnie podszedł. Złożył pocałunek na mym policzku i okręcił dookoła, jak w tańcu przez co się zaśmiałam.
- Tańczysz?
- Nie, ale mogę zacząć. - zaśmiał się głośno i przytulił do mnie.

Siedzieliśmy na kanapie przez kilka następnych godzin, ale w pewnym momencie Hazz dostał telefon, że musi jechać do swojej firmy, bo ktoś nawalił i stracili klientów. Nie wiem czym on się tak właściwie zajmuje, muszę się go później zapytać.
Nie chciałam siedzieć w domu i udałam się na spacer. Chodziłam wcześniej mi znanymi dróżkami i doszłam nad jezioro.
Jest tu naprawdę bardzo ładnie i powiedzmy szczerze.. tylko znikoma ilość ludzi zna to właśnie miejsce. Pewnie dlatego jest takie czyste.. Stanęłam trzymając się za barierkę i patrzyłam w dół.
Lód pokrył całą powierzchnię wody, a śnieg wszystko zasypał. Wygląda to naprawdę pięknie i tak czystko.
Zimne powietrze rozcina moje drogi nosowe, ale specjalnie nie zdaję sobie z tego sprawy. 
- Długo tutaj jesteś?
Chciałam odpowiedzieć 'A co Cię to obchodzi", ale się powstrzymałam. Zamiast tego obróciłam się i myślałam, że to jakieś złudzenie optyczne albo coś. Przede mną stał mój brat. Rozchyliłam popękane z zimna wargi i patrzyłam na niego, jak na ducha.

- Wszystko okej? - Zapytał niepewnie.
Zrobiłam mały pierwszy krok, a zaraz potem następny. Rzuciłam się na jego szyję i przewróciłam go, ponieważ poślizgnął się na lodzie przykrytym cienką warstwą śniegu.
Spadł na tyłek, a ja bałam się tylko o to, żebyśmy nie złamali podłogi w tym moście. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam się śmiać. Pewnie z boku wyglądało to komicznie.
- Cześć brat.
- Cześć mała mendo.
- Dzięki. - Odparłam obrażonym tonem.
- Nie gniewaj się.
- Nie gniewam się, mendo.
- Tak bardzo zabawna.
- Tak bardzo wredny.
- Mhm. - wsadził mi głowę w śnieg.
- Liam, cholera!

W odpowiedzi usłyszałam tylko jego dźwięczny śmiech.
- Może ze mnie zejdziesz?
- Nie, wygodnie mi na Tobie. Jak w pracy? A! Wesołych Świąt!
- Boże, Diana.. - Pokręcił rozbawiony głową. - Tobie również. Prezent mi się podobał.
- Widziałeś go?
- Mhm. Dziękuję.
- Nie ma za co. Jak w pracy?
- Nudno, dużo zamieszania, bo wiesz.. Święta i tak dalej. Przepraszam Cię. Bardzo chciałem z Wami spędzić święta, ale musiałem jechać do firmy. Nic nie potrafią beze mnie zrobić.
- Rozumiem, panie biznesmenie. - Zmrużył oczy.
- Chodźmy do domu, bo zimno.
- Jasne. - Odpowiedziałam i wstałam z niego.
,,Snow is falling, all around me
Children playing, having fun
It's the season of love and understanding
Merry christmas, everyone"
Siedziałam na kanapie w jego ogromnym domu i piłam ciepłą herbatę. On siedział obok mnie. Rozmawialiśmy o świętach, jego pracy, życiu..
Dość nietypowe tematy, jak na brata i siostrę. Ale co ja mogę.. Lubię o tym rozmawiać, a z Liamem szczególnie. Przy nim czuję się tak swobodnie i czuję, że mogę z nim rozmawiać o wszystkim. Dosłownie wszystkim.
Uwielbiam to i myślę, że on też. Zaczęliśmy oglądać świąteczne komedie i tak jakby spędziliśmy świąteczny czas od nowa. Razem. Dowcipkowaliśmy i robiliśmy sobie żarty.
Również je opowiadaliśmy i muszę powiedzieć, że moje poczucie humoru, a także dowcipy są chyba dobre, bo Liam prawie przez cały czas zwijał się ze śmiechu na kanapie.

Od pewnego czasu jakoś dziwnie mi się przyglądał.
- Jestem gdzieś brudna? - Zapytałam  w końcu.
- Nie, ale Twój nos jest strasznie czerwony.
- To przez Ciebie. - Powiedziałam i wzruszyłam ramionami upijając przy okazji kolejny łyk ciepłej cieczy.
- Mhm, jasne. 
- A nie? Wszystko okej? Bo wydaje mi się, że taki jakiś zamyślony jesteś.
- Nie, wszystko okej.
- Kłamiesz.
- Ale.. Jak ty.. skąd ty..
- Odpowiedziałeś bardzo szybko. A potem się zacząłeś jąkać, chociaż mogłeś kłamać dalej.
- Racja.. Ale nie umiem jakoś Ci tego powiedzieć, wiesz? Nie wiem jak.
- Najlepiej od początku i normalnie. Nie stresuj się.
- Więc..
- Nie zaczynamy zdania od więc.
- Diana. - klepnął mnie w ramię.
Byłam ciekawa tego, co chce mi powiedzieć. Zastanawiałam się o czym może tak nieustannie myśleć i co go tak trapi. Nie chcę, żeby miał jakieś problemy. Chciałabym mu pomóc, ale nie wiem czy mogę, czy.. dam radę.
Ale dla niego zawsze mogę spróbować. I zawsze będę próbować, bo rodziny się nie zostawia w potrzebie. Ciekawe, co teraz robi Kate. Muszę do niej zadzwonić, bo ostatnio zaniedbałyśmy kontakty.
Ale w sumie, to była u niej jakieś pięć dni temu i było wszystko okej. Ona wydoroślała i jest piękną kobietą. Moją przyjaciółką, która jest najlepsza na świecie. Swojego stylu co prawda nie zmieniła, ale może to i dobrze?
Jest oryginalna, przebojowa, ma świetny głos, zespół, robi karierę. Jest genialna.
Tak sobie rozmyślałam i nagle z ust Liama padło zdanie, które mnie zniszczyło.
- Kate nie żyje.

_____________________________
Hello.
Mamy trzydziesty pierwszy rozdział, yeah. xD
Zdałam Inwokację, haha. 
Stresowałam się na maksa i było mi tak zimno, jak mówiłam. Ale zdałam i mam spokój. 
Swoje opinie odnośnie rozdziału, bądź może i całego bloga piszcie w komentarzach.
Dziękuje. x

czwartek, 11 września 2014

Rozdział trzydziesty.

- Ja bardziej.
- Chciałabyś.
Zaniósł mnie na łóżku i chciał mnie położyć, ale ja nie puściłam i siedziałam na jego kolanach przytulając się do niego. Gładził moje plecy i włosy, czasami zjeżdżał na pośladki, a wtedy przechodził mnie dreszcz.
Siedzieliśmy w ciszy przez bardzo długi czas, ale w pewnym momencie przerwał ją.

- Jestem najgorszym chłopakiem na świecie. Przepraszam Ci, za wszystko.
- Nie mów tak, jesteś najlepszy, jakiego mogłabym mieć.
- Nie prawda.
- Jaki inny chłopak przyjechałby do mnie po głupim telefonie? I w dodatku jechał około trzy godziny? No właśnie.
- Wiem, że Cię ranię. - Zbił mnie z pantałyku. -  Ale ty też to robisz. Tylko, że rzadziej.
Zrobiło mi się smutno i przykro.
- Jak Cię ranię?
- Ranisz mnie za każdym razem, gdy odchodzisz. Za każdym pieprzonym razem, Diano. W galerii myślałem, że żartujesz, ale kiedy wyszłaś.. Myślałem, że zaraz wrócisz mówiąc, że to był kolejny Twój żart, ale ty nie wróciłaś. Miałem ochotę coś rozwalić, krzyczeć, ale nie zrobiłem tego. I całe szczęście.

Zrobiło mi się przykro i miałam poczucie winy. Zostawiałam go tyle razy.. Jak on musiał się czuć? Pewnie tak, jak ja, gdy wyjechał. Nie mogę siebie obwiniać o wszystko, ponieważ on też zawinił.
On i ja popełniliśmy błąd. Jest po równo i nie ma sensu sobie wytykać, ponieważ nie chcę kolejnej kłótni.

- Nie wiedziałam, ze tak się czujesz. Ale Harry zrozum, ty też mnie raniłeś.
- Wiem i prze
- Nie. Posłuchaj mnie. Nie ma sensu drążyć tego głupiego tematu. Od teraz się nie kłócimy, dobrze? Nie dogryzamy, chociaż tego nie robiliśmy i niech tak lepiej zostanie.
- Wygrałbym w tym.
- Harry. - pacnęłam go w głowę.
- Okej, no okej. - zaśmiał się. - Kocham Cię. I chcę, żebyś wiedziała, ze mówię to szczerze.
- Kocham Cię, Harry.
Pocałowaliśmy się, a potem zjedliśmy pierniki, które upiekłam z mama. Były trochę twarde, ale jakoś daliśmy radę.
- Zęby mnie bolą.
- Nie jęcz.
- Masz rację, ty to robisz lepiej. - wystawił mi język, a moje policzki oblał róż.

Zrobiliśmy sobie mały seans filmowy. Kevin sam w domu, sam w Nowym Jorku i tak dalej. Potem Charlie w fabryce czekolady i Bambi. Ostatni film wybrał Harold i powiem szczerze, że trochę mnie zdziwił jego wybór.
No ale co ja mogę..
- Dlaczego nie płaczesz?
- Słucham?
- To jest ta scena, dlaczego ty nie płaczesz?
- Harry, serio? - zapytałam rozbawiona. - Widziałam ten film ze sto razy już.
- Meh.
- A co? Chciałbyś, żebym płakała?
- Nie. Chciałabym, żebyś położyła głowę na moich kolanach, albo, żebyś na nich usiadła. Może jeszcze mnie pocałowała.. - rozmarzał, a ja zaczęłam się śmiać.
- Co rechoczesz?
- Ja nie żaba.
- Okej, żabciu.
- Harold przestań.
- Tylko nie Harold.
- Dobrze.

- Haroldzie?
- Mówiłem coś. - warknął.
- No nie obrażaj się.. - usiadłam mu na kolanach i zahaczyłam o jego przyrodzenie, przez co jęknął.
- Nie obrażę się, jak coś z tym zrobisz.
- No chyba żartujesz. Nie ma mowy.
- Czyli standard?
- Nie.
- Dlaczego? Nie chcesz? Nie zaspokajam Cię?
- Przestań. - odburknęłam zła.
- Kotku.. - potarł swoim nosem o mój policzek.
- To idź i sobie zwal, ugh.
- Nie-e. Chcę z Tobą hmmm.
- A ja nie chcę teraz.
- Jeszcze zmienisz zdanie. - powiedział chyba zły i pchnął mnie na łóżko.
Zdjął moją koszulkę, spodenki i swoje ubrania. Nie wiedziałam co się dzieje, bo robił to wszystko tak szybko.
Składał pocałunki wzdłuż mojej klatki piersiowej, mostka. Moje ciało pokryła tak zwana gęsia skórka. Kiedy zdjął mój stanik poczułam rumieńce na twarzy i przekręciłam głowę w bok, żeby nie czuć aż tak dużego zażenowania. Nie lubię mojego ciała i raczej nigdy nie polubię.
Ścisnął moje piersi, a z moich ust wydostał się cichy jęk. Widziałam ten jego uśmiech na twarzy. Wiem, że to lubi. Poczułam jego przyrodzenie na moim udzie i cholera.. ono jest takie ogromne.
Chwilę później napierał już na moje wejście, a ja zacisnęłam zęby, kiedy we mnie wszedł.
Uczucie rozpierania było dość mocno odczuwalne, przez co zaciskałam zęby jeszcze bardziej do tego stopnia, że zaczęła boleć mnie szczęka. Nagle wbił się do samego końca, a ja gwałtownie się wygięłam i odrzuciłam głowę w tył.
Poruszał się we mnie szybko i rytmicznie. Cały czas uderzał o mój czuły punkt, przez co wiedziałam, że mój koniec jest dosyć blisko.
Wplotłam dłonie w jego loki i zaciskałam ich końce. Chyba mu się podobało, bo jęki z jego ust były głębokie i mocne.
- Zrób to jeszcze raz. - warknął całując moje usta.
- C..co?
- Drap. Moje. Plecy.
Zdziwiła mnie jego prośba, ale kiedy uderzył o mój punkt g, to ręce same powędrowały na jego plecy i zostawiły na nich czerwone ślady, które dopiero później będą naprawdę widoczne.

Nagle poczułam, jak dochodzi, a ja zaraz za nim. Opadł na moje drobne przy nim ciało i oddychał ciężko, mówiąc, jak bardzo mnie kocha. Dobrze to słyszeć, ponieważ ja też go kocham. Ponad wszystko.

________________________________
Błagam nie zabijcie mnie. Nie umiem pisać takich scen.
Ale napisałam..
Rozdział jest jaki jest. Jak dla mnie, to szału nie ma .... nie urywa.
 P.S. Nienawidzę szkoły.

wtorek, 9 września 2014

Rozdział dwudziesty dziewiąty.

- Wesołych świąt.
- Wesołych świąt.
Zaczęłam jeść potrawę i uśmiechałam się tak do końca. Potem otworzyliśmy prezenty. Ja, mój tata i mama. Taka nasza trójka i pomimo to była świetna zabawa. 
Oglądaliśmy świąteczne komedie, słuchaliśmy piosenek i naprawdę miło spędziliśmy tę noc. A i prezenty się im spodobały. Powiedzieli, że trafiłam w dziesiątkę. Swojego nie otworzyłam, bo byłam zmęczona i od razu zasnęłam.
Następnego dnia to zrobiłam i myślałam, że zbiję szyby swoim piskiem. Dostałam kluczyki od samochodu i wykupiony karnet na zdawanie prawka. 
Ciesze się, jak jeszcze chyba nigdy.Teraz tylko zdać. Założyłam mój ulubiony sweterek na święta, jasne rurki i trampki. 
Zeszłam na dół na śniadanie. Potem umyłam zęby i pomogłam w ogarnięciu domu. Po piętnastej pojechałam z rodzicami do dziadków od strony mamy. Byłam cała spięta, a brzuch bolał mnie z nerwów. Niepotrzebnie, bo oni okazali się być naprawdę fajnymi i miłymi starszymi ludźmi.
Po powrocie do domu zjedliśmy kolację, którą tak na dobrą sprawę zjedliśmy już u dziadków, ale jestem głodna, więc zjem jeszcze trochę.

- Wesołych Świąt! - pisnęłam do telefonu.
- Dziękuję i wzajemnie, Wesołych Świąt! Jak tam?
- Okej, a tam?
- Dobrze. Właśnie jem ciasto czekoladowe.
- Czyli już się nie odchudzasz i nie niszczysz swojego organizmu?
- Weź no.. To jet ciasto czekoladowe. CZEKOLADOWE, rozumiesz?
- Rozumiem. - zaczęłam się śmiać.
- Jak tam z Harry'm?
- Oh..
- Jezu znowu zadałam pytanie w nieodpowiednim czasie, ugh.
- Spokojnie.. My po prostu zrobiliśmy sobie przerwę.
- Wiesz, że takie przerwy rzadko kończą się dobrze?
- Skąd to wiesz?
- Z autopsji..
- Oh.. Zostawmy ten temat. Chciałabym się spotkać.
- Ja też.. Szczerze, to ja jeszcze nie doszłam do siebie po moich urodzinach.
- Nie przypominaj, wtedy tak dużo wypiłam. A to wszystko przez Ciebie.
- Oj tam, oj tam.. Lubię pić, więc ty też musisz ze mną pić. Prawo dżungli.
- Chyba czegoś Ci dolali do tego ciasta.
- Podobno jest tu jakiś likier i rum, czy coś.
- I nagle wszystko stało się jasne.
- Przestań mówić tym głosem tej babki z reklamy.
- Puszcza, to teren, w którym żyj
- Skończ!
- Dobra, już.

*1 stycznia*
Dni mijały, a ja praktycznie nie wychodziłam z pokoju i siedziałam zdołowana. Myślałam, ze jestem na tyle silna, aby go zostawić, ale nie jestem.
Myślę o nim cały czas, myślę o tym, czy żyje, co robi, czy jest sam, czy z kimś, cz mnie jeszcze kocha, czy kiedykolwiek kochał. Takie myśli nie dają mi spokoju od kilku dni. Ciągle boli mnie głowa, chyba mam też migrenę. Depresja, to chyba za mocne słowo.
Na pewno jestem bardziej zamknięta w sobie. Czuję się, jak szczur w klatce. Dzisiaj wróciłam do swojego mieszkania i nie robię nic. Samochód na razie jest u rodziców. Muszę zdać egzamin, ale chęci brak, organizacji brak, wszystkiego brak. Chęci do życia brak.
Nie zadzwoniłam do niego ani razu, ale jeśli nie zrobię tego teraz, to chyba nigdy nie zdecyduję się na dalszy krok. Chwyciłam telefon i wykręciłam numer. Jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał i nic.
- Halo? - usłyszałam zaspany głos.
- Obudziłam Cię?
- Właściwie, to tak, ale to nic wielkiego. Coś się stało?
- Przepraszam.
- Za co?
- Za wszystko, za to, że Cię zostawiłam, za to, że.. Ugh! Myślałam, że dam radę bez Ciebie wytrzymać, ale nie mogę. Nie potrafię. Jestem słabą, skończoną idiotką. Bardzo mi na tobie zależy i nie chcę się już więcej kłócić.Proszę Cię nie rań mnie już więcej, bo moje serce tego nie wytrzyma, ja tego nie wytrzymam. - mówiłam płacząc do słuchawki.
- Diana nie płacz. Będę za jakieś dwie i pół godziny. Pa.
- Ale.. - rozłączył się.
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać.

Siedziałam na łóżku i trzymałam na kolanach poduszkę mokrą od łez. Dobrze, ze nie mam makijażu, bo z białej poszewki zrobiłaby się czarna. Uspokoiłam się trochę, ale kiedy usłyszałam pukanie, serce podskoczyło mi do gardła.
Powoli wstałam i podeszłam do drzwi. Otwarłam je i zobaczyłam chłopaka, a raczej już mężczyznę przez którego moje życie bardzo się zmieniło.
Jego włosy były rozczochrane i rozwiane na wszystkie strony świata. Oddech niespokojny i bardzo nierówny zupełnie tak, jakby przed chwilą biegł. Zielone oczy, które wpatrywały się we mnie spod wachlarzu jego czarnych i gęstych rzęs przeszywały mnie na wylot, a spierzchnięte i wysuszone usta były lekko rozwarte.
Wyglądał pięknie. On jest bardzo przystojny. Staliśmy tak przez chwilę przed sobą próbując unormować oddechy. Kiedy nam to wyszło, to nie wiedziałam co dalej robić. Oparłam brodę o swoje prawe ramię,a  on wszedł do mieszkania i mnie przytulił przy okazji zamykając za sobą drzwi.
Wtuliłam się w niego bardzo, bardzo mocno, a on podniósł mnie do góry i objęłam jego biodra nogami. Całował moją szyję,c o było bardzo przyjemne, a ja byłam nareszcie szczęśliwa. Pocałował moje usta, a ja zachłannie wpiłam się w jego miękkie i zimne wargi.Trochę śniegu z jego włosów spadło na moją twarz, przez co zachichotałam, a on cmoknął mój nos.
- Tęskniłem.

___________________________________________________
Odpuszczam Wam komentarze, bo wiem, że jest rok szkolny i tak dalej.
Ale byłoby mi miło gdybyście komentowali. :D

niedziela, 7 września 2014

Informacja.

Cześć! ( Znowu dzisiaj, haha)
Padło pytanie, na które już odpowiedziałam, ale nie wiem, czy ta osoba zobaczyła tę odpowiedź, wiec piszę raz jeszcze.
Pytanie: Napisze mi ktoś jak bohaterowie nazywają się naprawdę?

Drogi anonimku:
Diana - AnnaSophia Robb
Kate - Taylor Momsen
Harry - Harry Styles
Kendall - Kendall Jenner
Taylor - Austin Butler 
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥

Rozdział dwudziesty ósmy.




Siedząc w oknie obserwowałam jak krople deszczu spływają po zimnej szybie. Jedne szybciej, drugie wolniej. Złożyłam już papiery, ale nie mam pojęcia, czy się dostanę. Liam ciągle mi powtarzał, że może mi załatwić studia, Harry tak samo.
Ale ja nie chcę iść na łatwiznę. Chcę osiągnąć coś sama. I uda mi się to. Przynajmniej mam taką nadzieję.

*Grudzień, dwa lata później*

Siedzę na kanapie opatulona szczelnie kocem. Jest ciepło w mieszkaniu, lecz moje ciało lecz moje ciało jest zimne. Lodowate wręcz. Zęby dygoczą, a oczy skupione są na dużym oknie, przez które obserwuję, jak śnieg pada i zajmuje coraz większe obszary.
,,Jedna miłość umiera, by móc zastąpić ją."
Pocierając dłoń o dłoń zastanawiałam się, co on teraz robi. Z kim jest, czy jest szczęśliwy, smutny, wesoły, a może obojętny. Raczej to ostatnie, bo przecież nie zadzwonił.
Za dwa dni święta, a ja jestem tu sama. Wyjechał i zostawił mnie. Liam tak samo - pracuje. Problemy w firmie, którą ma w Madrycie. Dlaczego tak daleko?
Nie wiem, musiałabym się zapytać, ale nie mam jak.
A Harry? Wyjechał bez słowa. Znaczy..
Napisał mi list, w którym pisał, że musi wyjechać i mieć trochę spokoju.
Jestem aż taka okropna? Zła? Wredna? Wkurzająca? Denerwująca? Irytująca? Głupia? Naiwna?
Być może, ale jak kocham, to kocham całym sercem i całą sobą. Nie zostawiam osób, na których mi zależy.
A on mnie zostawił.
Przeleciał, zbajerował i zostawił.
Tak, uprawialiśmy już seks. Minęło już tyle czasu odkąd się poznaliśmy. Wtedy miałam siedemnaście lat, a teraz dwadzieścia. Czas naprawdę szybko leci, a świadomość tego, że jestem starsza i nie mam już nastu lat trochę mnie przytłacza.
Ale cóż ja mogę na to poradzić?
Nic, no właśnie.
Westchnęłam głośno i schowałam głowę w kolanach. Zamknęłam oczy i powoli odpływałam.
- Diana, wstawaj kochanie.
Podniosłam głowę, jak na rozkaz. Szybka reakcja, haha.
- Jedziemy na zakupy, jedziesz z nami?
- Jasne, tylko się przebiorę.

Poszłam do "mojego" tymczasowego pokoju. Założyłam białą koszulkę, przetarte w kolanach jeansy, czarne kozaki. Kurtka zapięta, włosy ułożone. Makijaż taki sam, mogę iść.
Wyszłam z pokoju zamykając za sobą drzwi. Zeszłam na parter i podeszłam do wieszaków. Zabrałam torebkę i poczekałam chwilę na rodziców.
Wyszliśmy całą trójką z domu i podjechaliśmy pod ogromne centrum handlowe. Zaczęliśmy iść w stronę TESCO. Zrobiliśmy zakupy spożywcze, a mi przypomniało się, że jeszcze nie kupiłam prezentów!

- Hej, mamo.. wszystko okej?
- Niezupełnie. Strasznie mnie boli głowa. - jęknęła łapiąc się za nią.
- To może jedźcie z tatą do domu, a ja dokupię resztę rzeczy. - zaproponowałam.
- Naprawdę mogłabyś?
- To żaden problem. I odpocznij, żebyś normalnie funkcjonowała.
- Dobrze. Uważaj na siebie.
- Niem mam pięciu lat. - wywróciłam oczami śmiejąc się.
Patrzyłam jak tata obejmuje ją ramieniem i odprowadza do wyjścia. Wyglądają tak słodko, widać, że się kochają. Zazdroszczę im tego.

Skończyłam myśleć o tym, jak bardzo mam nieudane życie miłosne i zaczęłam myśleć gdzie mogłabym kupić prezenty. Mamie mogłabym kupić jakąś biżuterię, a tacie hmm... zegarek? Nie głupi pomysł biorąc pod uwagę, że kilka dni temu właśnie mu się zepsuł taki srebrny.
Poszłam i kupiłam. Zegarek, kolczyki i naszyjnik. Okej. W sumie, to powinnam jeszcze tylko iść po kilka ozdób choinkowych i wrócić do domu. Ale zostali jeszcze Liam i Harry. Im też powinnam coś kupić, prawda? Z Harry'm jestem w związku. Nie, nie zerwaliśmy. Jeszcze.
To brzmi okropnie, ale ja nie wiem, czy to ma jakiś sens. Czy jest sens ciągnąć to dalej. Dużo się zmieniło. Od chłopaka, który uwielbiał chlebek bananowy do biznesmena, który ma ponad pięć firm i dużo pieniędzy. Tak, tak wygląda je życie.

Liamowi kupiłam piłkę do kosza i oryginalną koszulkę jego ulubionej drużyny. Obie rzeczy są podpisane przez LeBron'a James'a. Nie pytajcie jak tego dokonałam. Dobra, powiem wam.
Był w tej galerii, a mi udało się go 'dorwać'. Poprosiłam go o podpisanie się na tych rzeczach i zrobił to. Zrobiłam sobie z nim zdjęcie. Wyglądałam jak dziecko, ale to LeBron.
Dla niego mogłabym wyglądać nawet, jak noworodek. Okej, dosyć. *śmiech* Poprawiłam siatki z prezentem dla Li i zaczęłam szukać jakiegoś dla tej drugiej osoby.

Kupiłam mu bluzę i kask Packersów. Zawodowego zespołu futbolu amerykańskiego, który uwielbia. Chyba, ze zmienił zdanie w czasie, kiedy go nie było. O ten kask musiałam się kłócić z jakimś napakowanym facetem, ale udało mi się i to mi go sprzedali. Ha!

Wyszłam ze sklepu zostawiając za sobą wkurzonego faceta, którego próbował uspokoić sprzedawca i ruszyłam w kierunku jakiegoś sklepu. Kupiłam światełka choinkowe białe.
Dokupiłam kilka czerwonych bombek, bo trochę stłukłam, kiedy dekorowałam choinkę. Nie moja wina, że jestem taka niska.

Poprawiłam kurtkę i zarzuciłam blond włosy na plecy. Kiedy szłam poprawiając ucha siatek, które wrzynały mi się w palce, to wpadłam na kogoś.
- Przepraszam, nie chciałam. Przepraszam. - wymamrotałam szybko i podniosłam głowę.
No tak.. Chyba tylko ja mam takiego pecha. Żeby tylko nie zobaczył co kupiłam. Dobrze, ze siatka nie ma loga tej drużyny..
- Diana?
- Um, tak, to ja. - wyminęłam go i zaczęłam iść w kierunku wyjścia.
- Hej, zaczekaj! - krzyknął i podbiegł do mnie. - Nie przywitasz się?
- Cześć.
- Co się stało?
- Ty się stałeś.
- O czym ty mówisz..
- Nie widziałam Cię prawie trzy miesiące. Wyjechałeś bez słowa, nie dawałeś znaku życia. Wiesz jak się martwiłam?! - tylko nie płacz Diana, nie przez niego.
- Przepraszam kochanie.
- To już nie działam, Harry. Myślę, że powinniśmy sobie zrobić przerwę.
- C..co? - wydukał patrząc na mnie tymi swoimi dużymi oczami.
- Przerwę. Nie wiem co Ciebie tak dziwi. Ty zrobiłeś sobie trzymiesięczną przerwę ode mnie, więc ja nie mogę?
- Chcesz mnie zostawić?
- Nie. Nie wiem.. Nie. Chcę przerwy. Zrozum to.
- Ale..
- Wesołych Świąt, Harry. - powiedziałam i wyszłam ze sklepu zostawiając chłopaka na środku holu.
Zachowałam się, jak suka, ale on mnie zranił. Kolejny raz.

_____________________________
Cześć.
Jutro poniedziałek. (Nieeeeeeeeeeee) *płacze*
Taa.. rozdział smutny, ale taki miał być. Jeśli włączyłyście piosenkę, to smutek się powiększy, bo ta piosenka dodaje takiego nastroju. Tak, uwielbiam ją. Słuchałam przez pół dnia i nie mam dość. Mam nadzieję, że się podoba rozdział i, że zostawicie coś po sobie.
Zapraszam na nowe ff pt. ,,Leave."
Chciałabym Was tylko poinformować, że zbliżamy się pomału do końca Better Nothing.

sobota, 6 września 2014

Rozdział dwudziesty siódmy.

- Nie wyżeraj mi z blachy!
- Dobra, dobra.- urwał kawałek ciasta.
- Harry!
- Jest dobre. - odpowiedział z pełną buzią.
- To dobrze, ale nie wyjadaj z blachy. - powiedziałam poirytowana, jednak cały czas się śmiałam.
Nałożyłam nam po kawałku i położyłam obok ciasta łyżeczki. Usiedliśmy i zjedliśmy słodkość z talerzy.
Nie wyszło mi aż takie słodkie, ale to dobrze. Harry zjadł prawie pół blachy, a ja tylko patrzyłam na niego z otwartą buzią, jak pochłaniał kolejny kawałek. 
 - Duuużo jesz.
- Jak jest dobre, to jem. - wzruszył ramionami i włożył łyżeczkę do ust.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, że mu smakuje. Cieszę się bardzo z tego powodu. Może będę częściej robić takie ciasto?
Siedzieliśmy i oglądaliśmy telewizję.
- Ile razy mam powtarzać, żebyś zamykała te drzwi.
O matko. Nawet nie zauważyłam, jak wszedł do środka. Nie słyszałam nawet, jak zamyka drzwi!
- Diana gdzie jeste.. kto to? - zapytał patrząc na Harry'ego.


- To Harry.
- Miło poznać. - powiedział loczek.
- Ciebie też. Liam, jestem jej BRATEM.
Wyraźnie podkreślił i zaakcentował ostatnie słowo. Zabrzmiało to bardziej tak: Ciebie też. Liam, jestem jej BRATEM i jeśli zrobisz coś nie tak, to zginiesz.
- Chcesz czegoś do picia?
- Nie dziękuję, wpadłem tylko na chwilę.
- Aa, okej. A może ciasta? Zrobiłam chlebek bananowy.
- Naprawdę dziękuję, ale nie. - zaśmiał się.
- To ja Ci zapakuję. - powiedziałam i przeszłam do kuchni.
Słyszałam jego westchnięcie, ale widać i słychać było, że jest rozbawiony. To dobrze. Zapakowałam mu trochę ciasta i zaniosłam.
- Proszę.
- Nie odpuścisz mi, co nie?
- Nie-e. Aż tak nie lubisz mojej kuchni? Nigdy nie jadłeś niczego, co ugotowałam, więc spróbuj tego. Ja to jadłam i Harry też, więc nie zginiesz.
- Nie o to mi chodziło.
- Przecież wiem. - wystawiłam język.
- Ja już uciekam. Pa. - pocałował mnie w policzek i gestem ręki pożegnał się z Harry'm.
Zamknęłam za nim drzwi i wróciłam do chłopaka.
- I jak?
- Co jak?
- No Liam.
- Jest spoko, a przynajmniej wydaje się taki być.
- To fajnie. Jesteś zły?
- Nie, dlaczego pytasz?
- Bo wyglądasz jakbyś miał wybuchnąć i mówisz zaciskając szczękę.
- Tylko ja mogę to robić. - powiedział i pocałował mój policzek.
- Zazdrośnik.
- Małpa.
- Orangutan.
- Kangur.
- Tarzan!
Zrobił wkurzoną minę, a ja zaczęłam się śmiać.
- Ha! Wygrałam!
- Cicho siedź. - jęknął i wpił się w moje usta.
Przyjemny miętowy smak, jego gorące, malinowe wargi. Szczęściarą mogę siebie nazwać, prawda?
Jego język pieścił moje podniebienie, a ręka spoczywała na biodrze. W pewnym momencie zaczął przesuwać dłonie i wsunął je pod moją koszulkę.
Jego dotyk spowodował, że zadrżałam, a moje ciało pokryło się gęsią skórką. Jeździł dłońmi po moich plecach. Było to przyjemne, owszem. Ale też dziwne i nie czułam się najbardziej komfortowo.
Być może wyjdę na idiotkę i cnotkę, ale to dla mnie naprawdę nowe uczucie. Poza tym jego dłonie są takie zimne, a ja nie lubię zimnych dłoni.
Kiedy zaczął podnosić powoli moją koszulkę, to opamiętałam się i odsunęłam od niego. Popatrzył na mnie zdezorientowany, a ja spuściłam głowę. Czułam się głupio. Pewnie inne od razu wskakiwały mu do łóżka, ale ja tak nie potrafię. Na myśl o nim i jakiejś dziewczynie w łóżku zrobiło mi się niedobrze i wkurzyłam się, ale nie pokazałam tego.
- Coś nie tak? Zrobiłem coś?
- N..nie.
- To dlaczego przerwałaś?
- Bo ja tak nie umiem.
- Tak, czyli jak?
- Ugh.. wiesz o co chodzi. Wiem, że miałeś tysiące innych dziewczyn i pewnie każda z nich wskoczyła lub wskoczyłaby Ci do łóżka od razu, ale nie ja. Nie umiem tak, przepraszam..
Czuję się jak idiotka. Naprawdę.. Pewnie nie powinnam, ale tak właśnie się czuję.
- Hej, rozumiem. - uniósł mój podbródek. - Będę czekał na Ciebie ile tylko będzie trzeba. Nie musimy się śpieszyć. Chodź - usiadłam mu na kolanach i wtuliłam się w niego, jak w dużego misia.
Głaskał moją głowę i plecy i tak w kółko.
- To, że tak nie umiesz czyni Cię wyjątkową. Masz do siebie szacunek i podziwiam Cię za to, kochanie.

*Jakiś czas później*

Wracam właśnie z zakończenia szkoły. W ostatnim czasie ciągle zakuwałam do egzaminu. I chyba się opłacało, bo zdałam z bardzo dobrym wynikiem. Cieszę się ogromnie z tego, ze mi się udało. Akademia była fajna, podobała mi się. Wszyscy nauczyciele zrobili się mili i w ogóle.
Pani od matematyki nawet się popłakała. Uwielbiam tą kobietę. Jest moją ulubioną nauczycielką, a raczej była, bo już nie będzie mnie uczyć.
Po drodze wstąpiłam do sklepu i kupiłam sobie kawę w puszce. Po wyjściu od razu zaczęłam ją pić. Zimna i pyszna - idealna.
Wróciłam do domu i położyłam się na łóżku. Jestem dorosła, skończyłam szkołę. Czuję się dziwnie, bo jutro nie będę musiała iść na lekcje ani nic. Takie trochę wieczne wakacje. Ale ja chcę iść na studia, więc nie takie wieczne.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry, Diano.
Minęłam starszą kobietę i poszłam na swoje piętro. Przekręciłam klucz w zamku i weszłam do środka. Odwiesiłam torebkę na haczyk i ściągnęłam buty. Przebrałam się ze stroju galowego w jakieś luźne dresy i szary t-shirt. Rozłożyłam się na kanapie i włączyłam telewizor. Zaczęłam - standardowo - oglądać Przyjaciół.

Jakieś dwa odcinki przeleciały bardzo szybko. Jest po piętnastej, a mi się chce spać. Tak nie może być. Chociaż w sumie.. może. Ktoś dzwoni. Odebrałam nie patrząc na wyświetlacz. Jestem coraz bardziej leniwa.
- Halo? - ziewnęłam.
Jest źle. Serio, nigdy jeszcze nie ziewałam o tej godzinie. No chyba, że na lekcji, bądź przerwie. Ale nie leżąc na kanapie okryta kocykiem w białe groszki.
- Hej, słońce. Co robisz?
- Hej, Harry. Leżę na kanapie. Skończyłam szkołę!
- Wiem. Jestem taki dumny. - powiedział płaczliwym głosem, ale słyszałam wyraźnie jego rozbawienie.
- Ha, ha. Dupek.
- Nie dupek. Moje korepetycje się opłaciły. - odparł dumnie.
- Nie moja wina, że nienawidzę fizyki. Pff.
- Nie Pffuj mi tu.
- A ty? Co robisz?
- Idę na zajęcia.
- Aa. Zazdroszczę Ci tych studiów.
Selfie
- Pomogę Ci znaleźć dobrą uczelnię.
- Nie. Sama znajdę.
- Zaborcza, jak zawsze. Muszę kończyć, kocham Cię. I nie przeleż całego dnia na kanapie!
- Tak bardzo zabawny. Też Cię kocham, miłych zajęć.

Rozłączyłam się i odłożyłam telefon. Chwilę potem znów go wzięłam i weszłam na Instagrama. W końcu selfie musi być, co nie? Plus kilka hashtagów i gotowe. Wiem, jestem taka fajna. Co ja gadam, jestem ostatnio jakaś dziwna.
Żeby tylko ostatnio..
Ubrałam strój do biegania. Tak, biegam. Włożyłam białe słuchawki do uszy i wyszłam z domu. Włączyłam jakąś piosenkę do biegania i ruszyłam z treningiem. Ponad piętnaście minut później zaczęło padać. Ja to mam szczęście. (Sarkazm.)
Zaczęłam szybko biec, schowałam się pod ogromnym drzewem, które w tym momencie dawało mi schronienie. Dziękuję Ci Boże, za drzewa!
- Bieganko?

Podskoczyłam wystraszona. Złapałam się za serce i oddychałam ciężko.
- Oszalałeś?! - powiedziałam nadal dysząc po biegu.
- Nie. Cześć Diana.
- Cześć Taylor. I nie strasz mnie więcej.
- Okej, okej.
Przestałam opierać się o kolana i wyprostowałam się. Dotarło do mnie, że stoimy strasznie blisko siebie. Za blisko. Zmókł. I to bardzo, jest cały przemoczony. Nie tak, jak ja, ale też dosyć mocno.
- Coś nie tak?
- Wyglądasz seksownie, kiedy jesteś mokra.

CO? Chyba się przesłyszałam. Zrobiłam wielkie oczy. Miałam ochotę go spoliczkować, ale się powstrzymałam. Oddychaj Diana, oddychaj. Patrzyłam na chłopaka, który przygryzał wargę i patrzył się na mnie jak gdyby nigdy nic.
- Przepraszam, co?
- Seksownie, wyglądasz seksownie. To coś złego?
- Przestań tak na mnie patrzeć.
- Jak?

- Właśnie tak!
- Ej, ślicznotko.. wyluzuj, mała.
- Mała, to jest Twoja pała.
Nie wierzę, że to powiedziałam.
- A chcesz się przekonać? - oblizał usta.
- Ugh.. jesteś obleśny. - powiedziałam i zaczęłam odchodzić w przeciwną stronę.
- Gdzie uciekasz, kochanie?
- Nie nazywaj mnie tak.
- No ej.. Zabawmy się.
- Odwal się ode mnie!
- Lecisz na mnie, widać to.
- Nic do Ciebie nie czuję.
- Jeszcze zobaczymy maleńka. - powiedział i odbiegł.

___________
Hey, hi, hello!
Napisałam! W końcu napisałam ten rozdział. Nie miałam pomysłu, a szkoła zabiera mi czas. Ale napisałam. Była większa przerwa niż zwykle, ale jest wrzesień i teraz już rozdziały nie będą pojawiały się codziennie, a co kilka dni. Może 2-3 nie wiem, naprawdę nie wiem. Nie potrafię tego ocenić.
Jeśli Wam się podoba, to komentujcie. Jeszcze jedna sprawa:
Jeśli zmieniacie usery (Twitter), to napiszcie nowy w komentarzu/na Twitterze jeśli chcecie być dalej informowani o nowych rozdziałach.
 #odliczaniedokońcarokuszkolnego
294 dni.
Stare, ale nadal mega. :D ↓

wtorek, 2 września 2014

Rozdział dwudziesty szósty.

- Naprawdę nie chcesz jechać ze mną do Londynu? Mogłabyś zamieszkać u mnie.
- Myślę, że nie mogłabym.
- Dlaczego?
- Jesteś tak naprawdę prawie obcy dla mnie. To, że Ci wybaczyłam nie oznacza, że masz moje pełne zaufanie. Musisz na nie popracować. Zresztą chyba podjęłam złą decyzję, wybaczając Ci..
- Powiedziałem, że przepraszam. Dwie godziny temu było wszystko dobrze! Co się zmieniło od tego czasu?
- Po prostu mam wątpliwości.
- Nie miałaś ich, kiedy mnie całowałaś. 
On to naprawdę powiedział?
- Chciałeś tego! - krzyknęłam ratując się.
- Tak samo, jak ty! Więc nie widzę problemu w tym, żebyś ze mną zamieszkała!
- Przestań na mnie krzyczeć! - złapałam się za głowę i zaczęłam rozmasowywać bolące skronie.
Nienawidzę, jak ktoś na mnie krzyczy. Nienawidzę się kłócić.
- Kochanie, przepraszam. - zbliżył się i pogłaskał mnie po ramieniu.
- Odczep się. - jęknęłam i pociągnęłam nosem.
Kiedyś nie byłam taką.. beksą? Chyba można tak nazwać mnie w tej chwili. Kiedyś było inaczej, zawsze uśmiechnięta i wesoła. W wakacje, bo w szkole, jak w szkole. Rozumiecie o co chodzi.
To przez tych ludzi, którzy mnie okłamywali.Siedemnaście lat życia w niewiedzy.

- Mała, proszę Cię. Nie płacz.
- Mała to jest Twoja pał
- A chcesz się przekonać?
- Dupek.
- Ale kochasz tego dupka, co nie?
- Nie.
- Szkoda, bo ten dupek Ciebie kocha. - odparł tak jakby.. smutny?
To chyba dobre określenie tonu jego głosu. Ale zaraz, wróć. On mnie kocha? Nie, to nie może być prawda. Na pewno powiedział tak, żebym przestała płakać, albo coś. Chociaż w sumie. już przestałam płakać soo..
- C..co?
- Ja już pójdę.
- Ten dupek mnie co?
- Okej, wiem, że nie jestem ułożonym chłoptasiem z swetrem w romby i okularami na nosie. Ćpałem, piłem, paliłem i robiłem wiele złych rzeczy, ale też mam uczucia do cholery!
Zraniłam go, chociaż tego nie chciałam. To co powiedziałam nie miało zabrzmieć, jak pogarda. Po prostu samo jakoś..
- Harry, ja.. to nie miało tak zabrzmieć, po prostu..
- Po prostu nie odwzajemniasz moich uczuć i bla, bla, bla. Tak, wiem.
Zdenerwował mnie teraz.
- No właśnie tak się składa, że nic nie wiesz. Tym bardziej tego, co odwzajemniam, a co nie.
Odwrócił się do mnie przodem z wyraźnym zdziwieniem, a może zamyśleniem wypisanym na twarzy.
- Czyli ty mnie.. kochasz? - szepnął. - Przecież mnie się nie da kochać.
- Nie mów tak. Każdy zasługuje na miłość. To, że popełniłeś kilka błędów nie oznacza, że jesteś skreślony.
- Czyli ty
- Tak, Harry. Kocham Cię.
Jeszcze chyba nigdy nie byłam tak pewna siebie.
- Powtórz. - powiedział śmiertelnie poważnie i podszedł tak blisko, że stykaliśmy się ciałami.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też Payne. Najbardziej na świecie. - powiedział i pocałował mnie słodko w usta uśmiechając się przy tym.
- Pamiętałeś! - pisnęłam szczęśliwa, że zapamiętał moje prawdziwe nazwisko.
- Taak. Nawet ładniejsze, niż Jones.
- Dzięki.
- Drobiazg. Propozycja przeprowadzki jest nadal aktualna, jakby co.
- Harry. - jęknęłam zrezygnowana.
- Okej, okej. Ale jeśli byś chcia
- Zamknij twarz. - zaśmiałam się i przystawiłam mu rękę do ust.
- Ała! - pisnęłam. - Ugryzłeś mnie!
- Leciutko. - wyszczerzył swoje idealnie białe i proste zęby.
- Bolało. - powiedziałam całkiem serio.
- Daj, pocałuję. - pocałował ugryzione miejsce na dłoni nie przerywając kontaktu wzrokowego.

Chodziliśmy po sklepie w centrum Manchesteru. Zrobiliśmy sobie dzisiaj taki dzień po okolicy. Oprowadziłam go po tym pięknym mieście i poszliśmy potem na zakupy. Chcę placek. Duuużo placka.
- Teraz po jajka i inne takie.
- Po co Ci jajka?
- Placek. Będę robić placek.
- Jaki?
- To będzie taki chlebek bananowy.
- Bananowy? Jezu, chodź szybciej. - powiedział i chwycił moją dłoń ciągnąc mnie w stronę chłodziarek.
Zaśmiałam się i przyśpieszyłam kroku. Wzięliśmy potrzebne rzeczy i odeszliśmy, bo tam jest naprawdę bardzo zimno. Potem wzięłam cukier trzcinowy, mąkę i inne potrzebne produkty.
- Co ty robisz?! - powiedziałam szepcząc.
- Całuję. Twoją. Szyję. - mówił i po każdym słowie zostawiał mokry ślad na mojej szyi.
- Harry, przestań! Ludzie się gapią.
- Mhm, fajnie. - pocałował mnie, a po chwili usłyszeliśmy głośne 'fuuuuj'. Oderwałam się od rozbawionego chłopaka i spojrzałam na dziewczynką przed nami, a potem prawdopodobnie na jej matkę, która biegła w naszą stronę.
- Przepraszam za nią. Miley, chodź i nie uciekaj więcej. - złapała małą za rączkę. - Jeszcze raz przepraszam. - zwróciła się do nas i odeszła posyłając przepraszający uśmiech.
- Aha.
- Aha.
Wybuchnęliśmy głośnym śmiechem i ruszyliśmy dalej. Oczywiście starsze panie wypalały w nas dziury swoim wzrokiem, kasjerki tak samo.
Jedno jest pewne. Nigdy już nie wrócę do tego sklepu.

______________________________________
Ten rozdział jest chyba lepszy niż poprzedni.
Od dzisiaj będę robić: #odliczaniedokońcarokuszkolnego
Aktualnie zostało 297 dni.
Teraz jest 23:09 i idę się pakować do szkoły.
Moja pani od polskiego, to taka żyleta, że szkoda gadać. A u Was jak minął 2 września?